Karpiński – wschodnia „czułość serca”

Franciszek Karpiński należy do najważniejszych i najbardziej znanych poetów polskiego oświecenia, ale jego ranga zdecydowanie wykracza poza ramy tej epoki. Kiedy Karpiński kończył swoją autobiografię, nazwaną później Historia mego wieku i ludzi, z którymi żyłem był rok 1822, mieszkał wtedy w regionie prużańskim na ówczesnej Litwie, dzisiaj Białorusi. Zmarł kilka lat później i pewnie nie zdążył się już dowiedzieć, że w tym właśnie czasie i na tej ziemi wschodziła gwiazda innego poety, który zbiorkiem o „nowogródzkiej stronie” (między innymi i o Prużanach) inicjował nowy sposób pisania i nową epokę literacką, nazwaną potem romantyzmem. Sędziwy Karpiński nie poznał twórcy Ballad i romansów, ale ten doskonale wiedział, kim jest „śpiewak Justyny” i autor Pieśni nabożnych. Nie tylko go bowiem czytał, ale i śpiewał wraz z kolegami podczas filomackich majówek jedną z tych pieśni: Kiedy ranne wstają zorze.

Tak zeznawali sami uczestnicy spotkań za miastem zwani Promienistymi, wieleńscy studenci, kiedy za udział w tajnych związkach, których częścią miały być owe majówki, zostali uwięzieni, a po wielomiesięcznym śledztwie zesłani w głąb Rosji. Można by myśleć, że wzmianka o Pieśni porannej była tylko dobrą wymówką, mającą zapewnić komisję śledczą o przyzwoitym (to znaczy nie-patriotycznym, ani politycznym) celu spotkań młodzieży, ale wiele przemawia za tym, że Kiedy ranne wstają zorze Zan i inni „rówieśnicy Mickiewicza” rzeczywiście wtedy śpiewali. Choćby bardzo wczesna godzina owych wypraw, organizowanych przez Tomasza Zana, który został sportretowany potem w III części Dziadów, odpowiadająca właśnie porze „wstawania zórz” (4 – 5 rano), bowiem na 7.00 studenci musieli być już w kościele akademickim na mszy. Po drugie, któż zgadnie, z jakimi myślami o owych „zorzach” śpiewała za miastem ta z górą setka młodych ludzi.  Mickiewicz w tym samym mniej więcej czasie napisał Odę do młodości, w której sławił „jutrzenkę swobody”. Wreszcie po trzecie, do śpiewania Pieśni porannej mógł szczerze zachęcać jeden z uczestników i pomysłodawców scenariusza majówek Michał Rukiewicz, filomata pochodzący z Białegostoku.  Tam owa pieśń powstała i po raz pierwszy został wykonana, zaś w pobliskim Supraślu Pieśni nabożne miały swój pierwodruk (1792), w kolejnych latach od razu kilka wydań, również w Wilnie. Skoro Rukiewicz zaproponował do scenariusza majówki – i napisał- nowy pacierz (Pacierz promienisty) oraz nowy dekalog (Dziesięcioro promienistego przykazania ), dlaczego nie mógł podsunąć „pieśni nabożnej”, zapewne mu doskonale znanej, bo kojarzącej się z przypałacowym białostockim kościółkiem?  Podlaski filomata, a wcześniej napoleończyk (potem dekabrysta) dokonał parafrazy, na pierwszy rzut oka dość ryzykownej, np. w Modlitwie Pańskiej zwracając się do „Promionka Światła” jako „Ojca”. Warto jednak pamiętać, że działo się to w epoce przymierza zaborczej władzy z instytucjonalnym Kościołem, który był wykorzystywany do dyscyplinowania młodzieży i wrogo nastawiony wobec wszelkich nastrojów wolnościowych.  Owa młodzież szukała jednak wsparcia, wiary w możliwość naprawy świata, zaufania w moc ponadindywidualnych działań i autorytet kolektywu. Sakralizując więc Światło i Promionki, nie uświęcała rozumu i racjonalistycznej nauki, lecz pewien symboliczny język, stworzony przez Zana, a współtworzony również przez Rukiewicza, w którym promienistość była wiedzą rozumianą jako „skrzynka na narzędzia” i zarazem obietnicą przyszłości, miłością pojętą jako siła przyciągania (atrakcji) i ciepło wzajemnych relacji.  Wielokrotnie ów symboliczny język filomaci odnajdywali w poezji, własnej i cudzej, dlatego wielce prawdopodobnym jest, że z entuzjazmem śpiewali na majówkach Kiedy ranne wstają zorze. Pieśń Karpińskiego pozwala bowiem wierzyć w Boga hojnie obdarowującego człowieka i ocalającego go, w naturę radosną i pełną wdzięczności, w świat powiązanych ze sobą stworzeń, który ma swego opiekuna, a pod jego życzliwym okiem każdy dzień i ludzki czyn „wstają” z nadzieją.

Dziś wiemy już, że teza o sekularyzacji oświecenia okazała się niezupełnie prawdziwa, potrzeba przynależności do porządku przekraczającego ludzki świat w oświeceniu nie zanikła, choć nie znajdowała zaspokojenia w religii zinstytucjonalizowanej. Jej ujścia szukano więc na przykład w poezji, w duchowości nieortodoksyjnej, na obrzeżach nowoczesnej kultury, w Puławach, w Białymstoku, Wilnie. Paradoks polega jednak na tym, że autor Pieśni nabożnych reprezentuje, jak pamiętamy, sentymentalizm, czyli jeden z najważniejszych nurtów literatury oświeceniowej, o rosnącym znaczeniu w okresie rozbiorów i w latach następnych, nurt poprzedzający dzieła romantyków. Ci zresztą chętnie rozwijali zainteresowania swoich poprzedników np. domeną uczuć i przeżyć wewnętrznych, nie prowadzili z nimi sporu.  Ów paradoks wskazuje na złożoność naszej nowoczesnej cywilizacji i nowoczesnego świata, w którego głównym nurcie od początku przeplatają się racjonalność z irracjonalnością i szukaniem nowych form religijności czy duchowości, zaś fascynacji (!) rozumem towarzyszą – właśnie – afekty.

Karpiński był poetą „czułego serca”, czyli serca o olbrzymiej amplitudzie uczuć, niczym precyzyjny instrument wrażliwego na delikatne nawet impulsy i potrafiącego je oddać w słowie, czasem rzewnym, tęsknym i pełnym współczucia, a czasem cierpkim i neurotycznym.

Szkołą tak rozumianej „czułości serca” okazywała się prowincja – tak dla „śpiewaka Justyny” jak potem dla romantyków – z tym, że w przypadku Karpińskiego nie tyle ona sama, ile kontrasty i napięcia, które na pograniczu i na peryferiach okazywały się łatwiej widoczne niż w centrum. Zatem nie wieś i peryferie, które są idealnymi przeciwieństwami miasta i centrum, ale prowincja widziana jako mikrokosmos napięć, nierówności społecznych etc charakterystycznych dla cywilizacji jako takiej. Szedł tu tropem wielkich teoretyków i praktyków europejskiego sentymentalizmu, Jeana-Jacquesa Rousseau, głoszącego powrót do natury, ale nieustannie demaskującego salony czy Friedricha Schillera, który sentymentalność ukazywał zawsze w kontekście naiwności, marzenia o spontanicznym połączeniu z naturą. Autor Zbójców zastrzegał, że człowiekowi cywilizacji i kultury naiwność czy (przypisywana ludowi nieświadoma naturalność, a także religijność) są już niedostępne. Dlatego tak za nimi tęsknimy i chyba niewiele się zmieniło po 200 latach – dzisiaj autentyczność i szczerość są przedmiotem szczególnej nostalgii.

W duchu podobnie rozumianej sentymentalności Karpiński napisał autobiograficzną elegię Powrót z Warszawy na wieś, w której podsumował swoją nieudaną – jak uważał – karierę w stolicy i przeprowadzkę do Galicji, gdzie dzierżawił wieś i skąd wyjechał do miasta z nadzieją zyskania sławy i lepszego życia. Jednak ani w tym utworze, ani w innych nie potrafił wsi zobaczyć bez zestawiania jej z porzuconym miastem, i na odwrót: w mieście marzył o wsi. Jeśli więc zaczyna (i kończy) utwór od powitania chaty, to nie tylko jej niskie progi porównuje ze „śliskimi” – także w sensie moralnym – posadzkami warszawskich pałaców, ale sam ów „dom ubogi” opisuje ze świadomością, że widywał piękniejsze: bez „lepionych ścian”, „różnoszybnych okien”, za to z „piecem polewanym”. Powrót z Warszawy na wieś zawiera zestaw treści programowych dla sentymentalizmu i całej twórczości Karpińskiego, zapowiada też doświadczenia i utwory związane z Podlasiem, dawną Litwą i ziemiami Białej Rusi. Bowiem opisywany w słynnej elegii powrót na wieś okazał się nietrwały, po roku poeta zjawił się ponownie w Warszawie, a w pamiętniku porównał siebie do kogoś ogarniętego nałogiem miasta, kto „jak ów pijak gorzałczany, chociaż ten trunek cierpki i palący, przecież miło mu zawsze powracać do niego”.

Wówczas właśnie, przecierpiawszy okazywaną mu początkowo niechęć środowiska, które niepochlebnie sportretował w Powrocie, zjawił się w warszawskim salonie Izabeli Branickiej. Zaczął regularnie bywać u niej na obiadach, potem zaś w Białymstoku. Po latach, podsumowując życie, nie miał najlepszego zdania o hetmanowej, która nie potrafiła go zrozumieć, chociaż grzecznie przyjmowała i odwiodła od lekkomyślnego ożenku: „Ta pani chociaż mi nic nie wyświadczyła i tylko mię nadzieją zawsze uwodziła puszczenia mi w dzierżawę dóbr Orli koło Białegostoku, żem uwiedziony, cztery roki na letnie miesiące przyjeżdżał dla bawienia jej do Białegostoku (…)”.

Korzystał więc z mecenatu Pani Krakowskiej, ale jej nie zaprzedał swego pióra i dość oględnie sławił w poezji – umieścił jej postać w wierszu poświęconym letniej rezydencji Branickich w Choroszczy Na wokluz, wody i dom gocki pod Białymstokiem, choć mignęła zaledwie w końcowych strofach. Pozostałe poświęcił kontemplacji ogrodu i przygód własnego serca, kreśląc przepiękne obrazy dumania w ustroniu, na wodą, bez których trudniej byłoby Mickiewiczowi pisać takie wiersze jak Do Niemna. Swojej mecenasce zostawił też Karpiński krótki, lecz wymowny wiersz Na posąg Czarnieckiego w Tykocinie o bezpotomnej pamięci wielkich bohaterów,  przodka Branickich, ale też symbolu polskich czasów, które i na tych ziemiach musiały ustąpić obcemu panowaniu, zaborcy.

Jednak Pieśni nabożne są już efektem owego sentymentalnego i osobistego paradoksu –  kazał on Karpińskiemu, przebywającemu w pałacu nazywanego Wersalem Północy, w gościnie u Pani Krakowskiej (tj. Izabeli z Poniatowskich Branickiej) zwracać się do „pospólstwa”. Nie unikał i tutaj tonów antymagnackich, wręcz przeciwnie, w Pieśni o narodzeniu Pańskim akcentował wykrzyknikiem, że Bóg wcielony wybrał ubogich, skoro im właśnie pozwolił „witać Go przed bogaczami!”. Karpiński od dawna czynił lud bohaterem swojej poezji, pisał więc o nim tym chętniej w epoce Konstytucji Trzeciego Maja, chcąc włączyć się Pieśniami nabożnymi w naprawę kraju i ludzkich serc –  tak objaśniał swoje intencje w liście do króla Stanisława Augusta, brata swojej białostockiej protektorki. Warto jednak pamiętać, że tworząc ten zbiór miał przed oczyma konkretny podlaski lud, a w uszach brzmiały mu śpiewy z niewielkiego kościoła, który dzisiaj przycupnął u boku późniejszej fary naprzeciwko Pałacu Branickich. Być może podróżował też do Supraśla i Orli, napotykając po drodze ruską obrzędowość.

Trudno powiedzieć, czy ów lud wschodniego pogranicza, dawnych ziem Wielkiego Księstwa Litewskiego czymś się wyróżniał i zainspirował twórcę Pieśni. Z pewnością nie został w nich zindywidualizowany, a swoje rysy zawdzięcza raczej tradycji ewangelicznej, śpiewom kościelnym, poezji religijnej, m.in.  spod znaku Konstancji Benisławskiej. Ale trzeba przyznać, że patrząc na tutejsze „wioski z miastami”, nie mógł Karpiński narzekać na brak wzorów do Pieśni pracy w polu, owej „pracującej ręki”, „trudu i potów” czy Pieśni o Opatrzności Boskiej, w której „Do Ciebie czy głód, czy cierpi pragnienie,/ Oczy podnosi wszelakie stworzenie”. Nie idzie tylko o obrazy znoju, krzywdy i biedy, jakie z pewnością towarzyszyły poecie do lat ostatnich, także wówczas, gdy wreszcie otrzymał (za sprawą przyjaciela) upragnioną dzierżawę. Widywał je zatem nie tylko na Podlasiu, ale również w Kraśniku, Chorowszczyźnie i Łyskowie – chłopskie chaty tak sugestywnie utrwalone na rysunkach Józefa Ignacego Kraszewskiego i niezrównanego Napoleona Ordy. Wydaje się, że nie tylko tutejsze ubóstwo, lecz także wschodnie pejzaże, architektura, śpiewy, typ pobożności w ogóle dobrze harmonizowały w emocjonalnością „czułego serca”, nie wynikała ona tylko konsekwencją filozoficznych założeń sentymentalizmu i jego poetyki.

Franciszek Karpiński był bowiem człowiekiem wschodniego pogranicza od dnia narodzin do śmierci, mógł uchodzić za patrona pisania o rodzinnych okolicach i prowincji, a także oddania jej sprawom, które potem leżały na sercu filomatom, podlaskim i nowogródzkim. Pieśni nabożne faktycznie trafiły pod strzechy, zanim Adam Mickiewicz wymarzył sobie taki – idealny we własnym rozumieniu – typ odbioru swoich dzieł. O pieśni poświęconej Justynie, śpiewanej wieczorem przez młodzież pod wiejską pod lipą czytamy w „Epilogu” Pana Tadeusza, wiadomo również, że jego autora w stan natchnienia wprowadzała sielanka Laura i Filon, a w filomackich czasach zapał budziła Pieśń poranna.

Autor: dr hab. Danuta Zawadzka