Mickiewicz, czyli o nie-jednej duszy

Przeszłość nie jest niezmienna, choć na taką wygląda, kiedy myślimy o niej jak o zamkniętym rozdziale historii. Jednak my, którzy poznajemy przeszłość żyjemy w dynamicznym i zmiennym świecie, który wywiera przemożny wpływ na obraz naszego wczoraj i minionych epok. Czyli na samą przeszłość, bo inaczej niż w czyimś odbiorze ona nie istnieje. Lepiej sobie zdawać sprawę z własnej sprawczości, zaakceptować paradoks, który polega na tym, że tu i teraz tworzymy nie tylko przyszłość, ale i przeszłość. Nie tylko felietoniści ją aktualizują, również historycy i historycy literatury – nie potrafimy zatrzymać tego wytwarzania, nie dysponujemy (szczęściem) władzą króla Midasa. Jakie więc może mieć znaczenie okoliczność, że piszę o Mickiewiczu, goszcząc w Wilnie, jesienią 2021 roku? Do pandemii powoli przywykamy, nieoswojonym wydarzeniem polsko-litewsko-białoruskiego pogranicza są dziś migranci.

Mickiewicz, myśląc o unii zawartej w Lublinie w 1569 roku, pisał w Księgach narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego o małżeństwie Polski z Litwą jako przykładzie związku narodów niczym „dwie dusze w jednym ciele”, który jest nie tylko wydarzeniem z przeszłości, ale drogowskazem na przyszłość.  I przewidywał, że takie połączenie narodów jeszcze „potem będzie”. Nie przypominam tego, by czynić Mickiewicza prorokiem Unii Europejskie, bo w ten sposób wielu już go czytało i dzisiaj możemy się raczej zastanawiać, czy ta paralela wytrzymuje próbę czasu. Ciekawsza wydaje mi się skala mikro: jak mianowicie Mickiewicz wyobrażał sobie w pojedynczym wymiarze – egzystencjalnym i obywatelskim – takiego człowieka z dwiema duszami. Małżeństwa wówczas nie znał (wstąpi w nie trochę później), a to, co o nim niedawno jeszcze myślał nie pasowało do sytuacji – pamiętamy frazę Gustawa z IV części Dziadów o żonach o rymie „żono…..żywcem pogrzebiono”.  Skoro jednak po niemal dziesięciu latach zdecydował się szukać w małżeństwie metafory konstruktywnego związku narodów, np. Polski z Litwą, przypuszczalnie zmienił zdanie. I jako spadkobierca Rzeczpospolitej Obojga Narodów, w mikroskali być może samego siebie traktował jako organizm egzystujący na zasadach małżeńskich: „dwie dusze w jednym ciele”. „Litwin” z urodzenia, tworzący po polsku.

Byłby to jednak symboliczny i niedokładny opis tożsamości Mickiewicza jako obywatela dawnego byłego Księstwa pozostającego w unii z Koroną Polską, gdyż „dusz” trzeba wskazać więcej. Tamta „Litwa” obejmowała bowiem i leżący na Białej Rusi Nowogródek, gdzie Mickiewicz kończył gimnazjum i 150 km na północ oddalone Wilno, do którego przybył na uniwersytet i jeszcze bardziej północne Kowno, gdzie podjął pierwszą pracę, by odrobić stypendium. Mickiewiczowska „Litwa” to kontynuacja WKL, ojczyzna kilku narodów, które „połączyły się” z kolejnym: Polską, czyli Koroną, tworząc jedno „ciało”.

W zjednoczonym „ciele” polsko-litewskim i w ciałach obywateli I Rzeczpospolitej mieściło się więc kilka „dusz”. Złożoność kulturową, wieloetniczność miał zatem Mickiewicz we krwi, odziedziczył je wraz z miejscem urodzenia i dorastania, nie znał Polski czy Litwy jednolitej, ani rodaków z jedną (tylko) duszą. Dzisiaj to, między innymi, czyni go bliższym nam, którzy odwykliśmy od życia, nauki i pracy w jednym miejscu. Nasz „kraj” czy „land” nie znajduje się w jednym punkcie na mapie, na przykład tam, „gdzie cytryna dojrzewa” – jak Goethego tłumaczył Mickiewicz – dzisiejszy człowiek nazywa swoje miejsce: Nomadland. Czemu oczywiście wcale nie przeczy tęsknota za własnym miejscem na ziemi i osobistym „rajem”. Zarówno w epoce Pana Tadeusza,  jak i w naszej, wymarzony bezpieczny mały świat, w którym czas stanął w miejscu, jest po prostu odwrotnością naszej płynnej i niepoddającej się kontroli codzienności.

Warto sobie uprzytomnić, że nie zawsze tak było i to Mickiewicz oraz jego rówieśnicy weszli na drogę mobilnego życia, na której my również jesteśmy. Pan Mikołaj Mickiewicz, ojciec Adama, swoją aktywność zawodową (pracował w sądownictwie) związał Nowogródkiem i choć bywał w Mińsku, nie potrafiłby pewnie zrozumieć ruchliwości swego syna, który widział Petersburg i Odessę, Drezno, Paryż, Rzym, Lozannę, a zakończył życie w dzisiejszym Stambule. Zaś koledzy Adama, jak na przykład Michał Rukiewicz z Podlasia, jeszcze wyraźniej musieli zerwać z osiadłym trybem życia własnych rodziców, drobnej szlachty, dzierżawiącej jedną czy drugą wieś pod Białymstokiem. Ich dzieci, w tym wypadku synowie, najczęściej już tej szczupłej schedy nie mieli i zdobycie wykształcenia, konkretnego fachu (nauczycielskiego czy umiejętności nowoczesnego gospodarowania na dzierżawionej roli) oznaczało jedyny sposób na wzięcie losu w swoje ręce. Córki zdane były na łaskę ożenku, bowiem wstępu na uniwersytet nie miały, a – jak trafnie to ujął jeden z publicystów romantycznych – w domu zamiast pracy, mogącej zapewnić utrzymanie, nadal uczono je herbarza.

Mickiewicz wyjechał więc do Wilna i nie wyzbył się już nawyku „odjazdu”, choć tęsknił za „powrotem” jak w odeskim wierszu Dumania w dzień odjazdu:

Jak po błoniu kwitnącem kolorami tęczy,
Przelatuje samotnie mdły kwiatek pajęczy,
Zdmuchniony gdzieś daleko z uwiędłej gałęzi,
Chociaż napotka różę i w majowej więzi,
Pragnąc odpocząć, martwą zaplącze się dłonią…
Znowu go wichry zedrą i dalej pogonią:

Nawet jeśli róże kojarzą się nam tylko z miłością i harmonią kosmosu, a „majowy” z majem i majeniem (strojeniem), to nie sposób ignorować w tym wersie owej „więzi”. Tęsknił do powrotu, lecz – zarazem  – pragnął uniknąć „zniżenia lotu” i „majowej (u)więzi”, co trzeba chyba rozumieć jako niezgodę na zatrzymanie się, dłuższy związek z jakimś miejscem.

Wyjazdy i odjazdy mają swoje konsekwencje w postaci przekraczania granic fizycznych, politycznych i tych wewnętrznych, z nimi zaś wiąże się konieczność czy przywilej zmiany tożsamości – pomnażania w sobie dusz. Wyjazd nie zawsze był bowiem w przypadku Mickiewicza przymusem lub wyrokiem losu, jak w przypadku Odessy, dokąd został zesłany w wyniku procesu filomatów i wyroku z 1824, nie zawsze wiązał się z wyrzeczeniem i wygnaniem, jak sugeruje tytuł przywołanych wyżej Ksiąg pielgrzymstwa polskiego.

Choć akurat tułaczego aspektu żadnym sposobem nie da się dzisiaj uważać za romantyczny anachronizm. On jest dojmująco ważny, ale mimo wszystko trzeba go widzieć jako część szerszego zjawiska, do którego klucz znajduje się w nieprzymuszonej mobilności. Jeszcze Zanim Mickiewicz został aresztowany, starał się o wyjazd zagraniczny, dla poratowania zdrowia, z tego powodu otrzymał urlop od zajęć nauczycielskich w Kownie. Czy przyczyną było wyłącznie „słabe zdrowie”? Ciała poety lekceważyć nie sposób, jego „słabość” zapewne towarzyszyła tworzeniu i wyrażała stany duchowe. Jednak woli wyjazdu, udawania się w podróż, zmiany miejsca zbyt często w przypadku Mickiewicza dochodziły do skutku, by można je było uznać za przypadkowe lub tylko wymuszone.

Przemieszczanie się można uznać za cechę nowoczesnego człowieka, Europejczyka, który od epoki wielkich odkryć i Kolumba kieruje się w nieznane, samodzielnie chce wytyczać własny szlak życia i budować tożsamość. Nie uznaje jej za daną raz na zawsze, na przykład wraz z miejscem urodzenia czy stanem społecznym. Wydaje się, że nawet Ballad i romansów, a więc utworu odkrywającego na nowo swojskość i prowincję, nie mógłby napisać poeta, który nowogródzkich stron nie opuścił. Fizycznie i mentalnie, może nie duchowo, skoro będąc już sławnym poetą „ojczyznę myśli” lokował w pejzażu z czasów młodości (Gdy tu mój trup…). W balladach o Świtezi, Cyrynie i Rucie opowiada ktoś, kto dobrze zna te okolice i dróżki, ale też znakomicie rozumie zasady poezji romantycznej (pisze o niej w przedmowie). Dlatego, dbając o pamięć topograficzną swoich rodzinnych okolic, nie rezygnuje z „bujania po zmyślonym od poetów niebie”: tworzy świtezianki w guście ludowych wierzeń, wprowadza rodzimego czarnoksiężnika (Tukaj), dudarzowi przydaje do towarzystwa wytworną „rękawiczkę” z Schillera. Już jego debiut zapowiada poetę potrafiącego czerpać z rodzimej kultury i najbliższego otoczenia, a zarazem bardzo dobrze skomunikowanego tak z dawną, grecko-rzymską, jak i najnowszą literaturą Europy. Nie dziwi więc, że miejscowy zwyczaj częstowaniu jedzeniem zmarłych przybliża autor Dziadów w sposób, który wpisuje wierzenia ludu białoruskiego w szeroki kontekst dziejów religii (i sztuki) śródziemnomorskiego kręgu kulturowych oraz „wysp Nowego Świata”, czyli obu Ameryk. Od początku Mickiewicz łączy dwa gesty: topograficznego u- miejscowienia (wydarzeń, natury, uczuć, działań itp.)  z przekroczeniem danego miejsca, tak w życiu, jak i w pisaniu. Jest w nim dusza człowieka prowincji i dusza człowieka światowego.

Jako artysta i myśliciel nie rozmija się w tym ze swoją epoką, romantyzm bowiem to czas triumfu Herdera, odkrywcy ludu i „ducha narodu” (Volksgeist, ten wyraża się w języku) i Goethego, który – nieco później, bo w latach 20-tych XIX wieku –  stworzył pojęcie literatury światowej (Weltliteratur). Herder, ceniony wśród romantyków naszej części Europy nie tylko za dowartościowanie zabytków kultury ludowej, ale i za prognozę wzrostu roli Słowian, umożliwił myślenie o literaturze w kategoriach narodowych. W początkach XIX wieku odgrywało ono ogromną rolę w przypadku narodów pozbawionych własnego państwa, w tym żyjących czy dopiero kształtujących się na terytoriach dawnej Polski i Litwy, ale z czasem odsłoniło swoje słabsze strony.  Ujawniły się one zwłaszcza w odniesieniu do narodów wielokulturowych, ich „duchy” nie zawsze bowiem mogły wiązać się z własnymi terytoriami i odrębnymi językami. Ale w całej Europie, u progu romantyzmu i potem, brakowało raczej solidarności międzynarodowej (innej niż narzucona) niż pielęgnowania różnic, które niósł ze sobą kult indywidualności ludów. Goethe miał więc nadzieję, że taką płaszczyzną dialogu Wschodu z Zachodem i narodów między sobą stanie się kultura, w 1827 roku wprowadził pojęcie Weltliteratur. Czy spełniło swoją rolę, to osobna rzecz. Narodziło się ono nie tylko z  potrzeby chwili, aktualnego momentu historycznego, lecz również w wyniku długofalowych procesów nowożytnego świata,  nowoczesności, której Goethe jako autor Fausta był wyrazicielem: owego faustycznego „dążenia”, które nie zna spoczynku i granic. 

Mickiewicz Goethego i Byrona uważał za patronów współczesnej mu epoki, obu czytywał już okresie wileńskim, a bohaterowie poety z Nowogródka przeżywają wszystkie dylematy nowoczesności. Ze względu na początkowy wątek, powinnam zwrócić uwagę na tytułową postać ballady Upiór, która otwiera Dziady wileńsko-kowieńskie, w prelekcjach paryskich Mickiewicz opisywał bowiem upiory jako znany w całej Słowiańszczyźnie fenomen ludzi o dwóch duszach. Dowodów na dziwność tej postaci, swojskiej i zarazem obcej, można w tej balladzie znaleźć co niemiara, a przy tym archaiczne, ludowe wierzenia nie kłócą się niej wcale z portretem słynnego bohatera czasów Mickiewicza – Wertera. Gdyby jednak szukać mniej szokującego wizerunku człowieka nowoczesnego u Mickiewicza i pozostać w obrębie Litwy, można poprzestać na wierszu Żeglarz z 1822 roku, który Mickiewicz dołożył do Ballad i romansów. Widzimy w nim dramatyczną scenę, człowieka mocującego się z wodą podczas burzy – „nie można płynąć, cofnąć niepodobna biegu” – który widzi przyjaciół stojących na brzegu, nie potrafiących jednak pomóc. Wiersz kończą słowa „Ja płynę dalej, wy, idźcie do domu!”, o niepokojącej dziś aktualności. Mickiewiczowskie są oba miejsca naraz: „dom” i „dalej” – pomiędzy nimi człowiek nowoczesny rozgrywa swoje życie.

Autor: dr hab. Danuta Zawadzka